Nie będę opisywać szczegółów rozmowy w restauracji - w każdym razie, mam chłopaka. A Stacy... Jak powiedziała - tak zrobiła. Następnego dnia czekałam na nią na dworcu. W pierwszym momencie nie poznałam jej. Nie przez to, że zmieniła się z twarzy... Twarz miała taką samą, te same niebieskie oczy, te same blond włosy, ten sam mały nosek i te same wiecznie uśmiechnięte usta, ten sam wyglądał aniołka, ale... Jej sposób ubierania się zmienił, zaczęła się malować i zdjęła okulary. Teraz nosiła soczewki. Rzuciła mi się na szyję.
- Victoria! - krzyknęła, łapiąc mnie mocniej, nic dziwnego - nie widziałyśmy się trzy lata - Tęskniłam za Tobą tak strasznie! - powiedziała puszczając mnie.
- Cóż... Dziwisz się? - roześmiałam się - Masz załatwiony nocleg czy śpisz u mnie, Stacy? - zapytałam, w sumie, chciałam żeby spała u mnie - miałam wolny dom
- Oczywiście, że mam załatwiony. Od października idę na studia, a że rodzice powiedzieli, że lepiej będzie mi dojeżdżać niż mieszkać w zasyfionym akademiku, to wynajęłam pokój u starszej Pani! Ale się cieszę - będziemy mieszkać w tym samym mieście i znów chodzić do tej samej szkoły, tak jak trzy lata temu! - ucieszyła się. No tak - to cała Stacy... Jej rodzice są cholernie bogaci, kiedy była mała zaszczepili w niej ambicje zostania chirurgiem, matka dziennikarka i ojciec polityk, stać ich było na wysłanie córki na 5 lat do szkoły i wynajmowanie pokoju u kogoś. Nie pozwolili by jej zamieszkać w akademiku - przecież to nie miejsce godne ich córki
- Stacy... No wiesz... Ja... Nie idę na studia... - głos mi się załamał i łzy pojawiły się w oczach, tak strasznie chciałam studiować i tak strasznie nie było mnie na to stać
- Co? Jak to? Ty, Victoria Estes nie idziesz na studia?! - krzyknęła, a na jej twarzy malowało się zdziwienie
- Na pewno nie w tym roku... - odpowiedziałam jej, nie ukrywając swoich łez. Przecież to nie moja wina, że mam ojca korpo - śmiecia, któremu szkoda pieniędzy na dorosłą córkę
- Dlaczego? Co się stało? Nie dostałaś się? - Stacy do tej pory tego nie pojmowała. Jej rodzice dawali pieniądze na co tylko chciała. Dopóki moi rodzice byli małżeństwem też dostawałam dosyć dużo kasy, nie na wszystko ale na większość rzeczy. Teraz kiedy moja mama ledwie wiąże koniec z końcem, a ojciec nie chce mi dać pieniędzy, skąd mam wziąć? 5000 simoleonów to naprawdę duża kwota... To moja dwumiesięczna pensja, która starczyłaby tylko na rok studiów...
- Cóż... Dostałam... Ale... Nie stać mnie żeby za studia zapłacić. Matki nawet nie poproszę, wszystko schodzi na dom... A ojciec... Ojciec wyśmiał mnie. - odparłam, siadając na dworcową ławkę płacząc całkowicie
- Ejj.. Vicki... Nie płacz. Masz ogromny talent i Twoje prace są znakomite. Może wystąp do uniwerku o stypendium? - usiadła obok mnie
- Sty... Sty... Stypendium? No tak, Stacy jesteś genialna! Kocham Cię dziewczyno! - przytuliłam ją od razu - Chodź, jedziemy do Twojego nowego miejsca zamieszkania. Musisz się przecież rozpakować! - odpowiedziałam i zadzwoniłam po taksówkę. Tak, znowu.
Nowy pokój, nowe miejsce zamieszkania, nowe "mieszkanie" mojej przyjaciółki nie było luksusem do jakich przywykła. Do dyspozycji miała pokój z łazienką. W pokoju stało podwójne łóżko, biurko, komoda, duża szafa, dwa fotele, mały stolik, półka na książki i dwa stoliki nocne. W łazience była prysznico - wanna, toaleta, umywalka, szafka z ręcznikami, pralka i suszarka. Cały luksus mojej przyjaciółki, haha. To miejsce było idealne dla mnie, przyzwyczajonej do "trudnych" warunków, nie dla Stacy, księżniczki, która w pokoju ma własną garderobę, a w ogródku trzy baseny.
- Przytulnie tu. - powiedziała do starszej Pani, która wprowadziła nas do pokoju
- Och! Cieszę się, że się Panience podoba. Jak Panienka się nazywa? A zresztą, nieważne. To stary pokój mojego syna. Malcolm się wyprowadził, nie odwiedza mnie już, więc postanowiłam wynająć jego pokój. Niech Ci służy moja droga. - uśmiechnęła się. Znałam ją. Ta staruszka była moją nauczycielką chemii. Nadal pracowała. Miała duży dom, męża trupa, troje dzieci i zero pomocy z ich strony. Jej najmłodsza córka była w moim wieku. Kate chodziła ze mną do klasy. Ale gdzie jest teraz i co się z nią stało nie wiedział już nikt. Ostatni raz widziałam ją na rozdaniu świadectw. Nawet jej własna matka nie wiedziała co się z nią działo, ale no cóż... Córka pani McAlianns była już dorosła.
- Nazywam się Stacy Caroline Lions. Jest przepiękny. - Stacy jak zwykle zachowywała się bez zarzutu, wychowali ją jak typową księżniczkę. Poważnie, co dwa tygodnie miała lekcje dobrych manier.
- Och! A i jeszcze jedno Stacy... Mam nadzieję, że mogę tak do Ciebie mówić... Jeśli chcesz zaprosić tutaj... ehem... Chłopca, powiedz mi o tym. Śniadania wydaje o 10:30 Melania, obiad jest punktualnie o 16:30, a kolacja o 22:30. Wszystko będzie przygotowane w jadalni piętro wyżej. Jest przeznaczona dla osób, które wynajmują pokoje. A tu są klucze do pokoju i do domu. Radzę Ci zamykać pokój, jeśli nie chcesz by coś z niego zginęło. - odpowiedziała McAlianns i zeszła na dół
Stacy poszła się rozpakować. Weszłam za nią do pokoju i usiadłam na łóżku. Stacy miała ze sobą dwie walizki, jedną torbę, plecak i torebkę. To i tak było za mało jak na nią. Ubrania włożyła do szafy i komody. Swoje 20 par butów postawiła na półce specjalnie do tego przeznaczonej. Laptopa położyła na biurku, tak samo ładowarkę do telefonu. Kosmetyki postawiła na komodzie. Jako dziewczynka, Stacy nosiła okrągłe okulary, była raczej kujonem i nie miała znajomych. Bardzo płakała kiedy okazało się, że wyprowadzam się na drugi koniec kraju. A teraz nie wyglądała już na tamtą dziewczynkę...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz